Co klient sobie winszuje... Marek Kondrat
Przeczytałem niedawno w „Tygodniku Powszechnym” wywiad z Hugh Johnsonem, jedną z najwybitniejszych postaci świata winiarskiego, autorem „Wielkiego atlasu win” wraz z Jancis Robinson, przewodnika wydawanego corocznie w wielomilionowym nakładzie, świetnym gawędziarzem, pogodnym i dowcipnym człowiekiem.
Jego zdaniem całkiem niedługo będziemy mogli kupować wina produkowane przez ludzi nauczonych obsługi maszyn i komputerów, ale zupełnie niezwiązanych z winem ani pasją, ani tradycją rodzinną. Nie ma w tej opinii paniki, nie ma też wersji alternatywnej dla przyszłości wina. Prawdę mówiąc, już dziś mamy do czynienia z rozwiniętym przemysłem winiarskim wszędzie tam, gdzie produkcja sięga nie kilkudziesięciu tysięcy, ale milionów butelek rocznie. Znane są już także wina robione jakby na zamówienie. Potężne koncerny zamawiają badania rynku, próbują określać preferencje klienteli, „wzbogacać” wino dębową beczką (lub jej substytutem,) wygładzać, zaokrąglać – co klient sobie winszuje. Przypomina mi to tzw. kino producenckie z czasów, kiedy mnie dotyczyło. Dyktatorzy rynku filmowego w Polsce, co brzmi równie śmiesznie jak rynek wina w Polsce – doskonale wiedzieli, jakie dzieło uraduje kinomana, a ściślej, na które wyda 15 czy
20 złotych. Nietrudno zgadnąć, że na afiszach królowały tytuły „kochaj albo szlochaj” itp. Najlepiej sprzedającym się winem w Polsce też jest takie z tego gatunku. Czy to powód, by się obrazić? Nie sądzę – takie życie. Jednak, jako pijący wino, a tym bardziej jako handlarz nim, odczuwam poważny dyskomfort i, podobnie jak Hugh, lekko wzdycham. Paręnaście lat temu wino uwiodło mnie jako dzieło sztuki niemal rękodzielniczej. Kultywowane przez kolejne pokolenia tych samych rodów, wyznaczające rytm pór roku, nominujące swoje najlepsze wydania, dające tajemny łącznik czasów minionych ze współczesnością, a nawet wybiegające w przyszłość w nęcącym oczekiwaniu na efekt starzenia. Wino z początków mojego uwiedzenia miało swoją fantastyczną tajemnicę, ba, całe warstwy tajemnic odkrywane najchętniej z kimś, by pokonywać wstyd skojarzeń zapachowych i smakowych, bo to przecież jakaś intymność zwierzeń, ale i twórcza podnieta. Wiem, wiem... taka wersja kontaktu z winem pewnie pozostanie i z pewnością w małym procencie pozostaną takie butelki, które będą bohaterkami seansów zmysłowo-poetyckich, wiem też, że i ja nie zmienię zasady współpracy z małymi rodzinnymi firmami, ale pewien świat... o! właśnie!, żeby dalej pozostać w podjętej konfrontacji wina z kinem. Obejrzałem niedawno ostatni film Andersona pt. „Grand Hotel Budapest” z chmarą, przepraszam za wyrażenie – gwiazd, nawet w epizodach. Film podobnie jak wino: jednych zadowoli, innych nie, ale jest w nim kwestia zupełnie à propos! O bohaterze filmu, konsierżu luksusowego hotelu, ktoś mówi: całym swoim życiem próbował ocalić świat, którego już nie ma. A jego rozmówca odpowiada: tego świata już nie było, zanim on się urodził. No... i to by było na tyle.